Please update your Flash Player to view content.

   Był piękny zimowy poranek 17 stycznia 1972 r. Śnieg iskrzył w słońcu i skrzypiał pod butami. W tej scenerii na cmentarzu starowiejskim przy ul. Głubczyckiej oddał ducha proboszcz parafii Matki Bożej ks. dziekan Alojzy Spyrka - pisze ks. Jan Szywalski.

    W środę 17 stycznia mija 46 rocznica śmierci ks. Alojzego Spyrki. Zapraszamy do udziału we Mszy św. o g. 18.00 w Jego intencji.

    Ks. Prałat Jan Szywalski tak wspomina osobę ks. Alojzego – pierwszego proboszcza Matki Bożej.

 

Wszystko się źle układało w tym dniu: gdy wrócił zdyszany z odwiedzin chorych, miał nerwowe zgorszenie z ministrantem w zakrystii, lecz wybrał się szybko na Starą Wieś, bo chciał dołączyć do pogrzebu swojej parafianki. Na drodze pod górkę na starowiejski cmentarz skarżył się młodemu wikaremu z parafii św. Mikołaja, że boli go serce. Ten proponował, by zawrócił ale ks. Spyrka nie posłuchał. I stało się: gdy trumnę spuszczano do grobu, zasiniała mu twarz, opuścił głowę i przewrócił się. Zaniesiono go szybko do samochodu, ten jednak w drodze do (starego) szpitala zepsuł się koło Strzechy. Przeniesiono go do innego auta, ale w szpitalu stwierdzono tylko zgon.

Znaliśmy się od dziesięciu lat i zżyliśmy się ze sobą. Mimo wielkiej różnicy wieku zaproponował kiedyś: – Mówmy sobie na ty.

– Ależ... zaoponowałem. Ale pozostało przy tym. Byliśmy sobie bliscy duchowo. Powierzył mi wtedy pewne drogie mu pisma, pamiątki po księdzu przyjacielu, jakby przeczuwając bliski koniec.

Ks. Alojzy Spyrka urodził się 11.06.1904 r. w niedalekim Kozłowie pow. Gliwice. Rodzina wydała dwóch kapłanów; jego brat należał do zgromadzenia ojców werbistów i był misjonarzem w Argentynie, potem w starości mieszkał w Niemczech. W dzieciństwie zwrócił na niego uwagę jego proboszcz i swego uzdolnionego parafianina Alojzego skłonił, by wstąpił do małego seminarium w Gliwicach. Zawsze bodajże, był tam najlepszym uczniem. Po maturze stały przed nim różne możliwości otworem, ale wybrał teologię na Uniwersytecie we Wrocławiu. Święcenia kapłańskie otrzymał od ks. kardynała Bertrama w dzień Matki Bożej Gromnicznej w 1930 r.

Został wikarym u ks. prał. Ulitzki. w Raciborzu na Starej Wsi. Chyba wtedy powstało tam dowcipne porzekadło: „Na uliczce usiadł gołąbek, zjadł spyrkę i dostał chorobę” gra słów w nawiązaniu do tego, że proboszczem był ks. Ulitzka, a wikarymi ks. Golombek, ks. Spyrka i ks. Choroba.

Za czasów ks. Carla Ulitzki oddzieliły się od parafii św. Mikołaja trzy filie parafialne: w 1918 r. Studzienna, w 1937 r. Matka Boża i w 1938 r. Ocice. We wszystkich tych starał się ks. Ulitzka umieścić swoich zaufanych wikarych: w Studziennej ks. Franciszka Melzera, w Ocicach ks. Bernarda Gadego, a u Matki Bożej właśnie ks. Alojzego Spyrkę. Kościół Matki Bożej był dotychczas sanktuarium tylko pątniczym. Odprawiano w nim nabożeństwa w odpusty lub gdy przybywały pielgrzymki z okolicznych parafii; obsługiwali zaś to miejsce duchowni starowiejscy. W 1936 r. przy ogromnym napływie pątników uroczyście obchodzono 500-lecie obrazu Matki Bożej Raciborskiej, a ks. kardynał Adolf Bertram z Wrocławia nałożył na głowy Jezusa i Marii drogocenne korony. Może wtedy była mowa o tym, by ustanowić tu na stałe duszpasterza.

Nowa parafia, na początku tylko kuracja, liczyła wtedy 1250 dusz, ale do obowiązków młodego ks. Spyrki należało także zorganizowanie odpustów i przyjmowanie rocznie ok. 16 procesji z okolicznych parafii i miejscowości. Ks. Alojzy „czuł” kościół Matki Bożej, przez kilka lat dojeżdżał tu ze Starej Wsi. Teraz jako gospodarz z całą gorliwością oddal się odpowiedzialnej posłudze. Był pobożnym kapłanem, prowadził uporządkowane życie kapłańskie, należał do III zakonu karmelitańskiego, był spowiednikiem sióstr w Annuntiacie i w Krzyżanowicach oraz był znawcą i miłośnikiem liturgii.

Żył skromnie ze swoją siostrą Anną na małej, starej plebanii przy ul. Magdaleny. Przypominam sobie, że u wejścia do tego przytulnego domku był dowcipny barometr: mały osiołek z instrukcją: „jestem suchy – jest pogoda; jestem mokry – pada deszcz; ruszam ogonem – wieje wiatr”.

Zastawałem najczęściej ks. Spyrkę przy biurku nad książką. Duży zegar tykał miarowo i można było spokojnie rozmawiać, albo raczej słuchać mądrości doświadczonego duszpasterza. Był cholerykiem i bardzo się wszystkim przejmował. „Wczoraj w salce miałem spotkanie z moimi Dziećmi Maryi. Mówię im o modzie, że nie mogą ubierać się w mini, bo to niemoralne, ale moje słowa jak o kamień! Dziochy siedzą stur, oczy w dół i nic a nic do nich nie dochodzi. Na modę nie ma rady!” – mówiąc to prawie zgrzytał zębami.

Był też znany z tego, że potrafił niebezpieczne tematy owinąć w bezpieczne opakowanie. W czasie rządów nazistów często cytował Stary Testament mówiący o prześladowaniu Żydów przez Asyryjczyków i o niewoli u Babilończyków, a ludzie domyślili się aktualnego kontekstu.

Zaufanie, które mu okazano powierzając mu parafię Matki Bożej, uważał za wielkie zobowiązanie. Starał się, by to święte miejsce było piękne i zapraszające. Nieustannie coś remontował, dobudowywał i ulepszał. Otoczył murem cały teren pielgrzymkowy, z tyłu kościoła ustawił funkcjonalny ołtarz odpustowy, odnowił wieże nim zawisły w nich po wojnie nowe dzwony i koronował na nowo cudowny obraz, bo w czasie frontu zniknęły pierwsze korony. Wszystkie gospodarcze dokonania nie były jednak dla niego celem samym w sobie, ale środkiem, by przyciągnąć ludzi do Chrystusa i Jego Matki. Dbał, by odpusty miały piękną oprawę, by była odpowiednia liczba spowiedników i by słowo Boże głosili dobrzy kaznodzieje. Przeważnie byli to ojcowie werbiści; miał z nimi zaufany kontakt: jego brat należał do ich zgromadzenia, a z Annuntiatą wiązały go mocne więzy.

Pod koniec jego życia mała parafia Matki Bożej totalnie zmieniła swój charakter. Z prawie wiejskiej, a stała się nowoczesną dzielnicą miejską i robotniczą. Wokół Matki Bożej wyrastały bloki, a w nich zamieszkali ludzie bez raciborskich tradycji. Trudne wezwanie – ale uporać się z nim musiał już jego następca O. Adam Krawiec.

Jeszcze zza grobu chciał przemówić do tych, którzy za życia go nie słuchali. Pozostawił po sobie na piśmie pełne troski słowa: „Kochani parafianie! Jestem osądzony i mój wieczny los został przez Boga rozstrzygnięty. Wy jednak jeszcze żyjecie na ziemi i wieczny wasz los leży jeszcze w rękach waszych. Musiałem zdawać rachunek z tego, jak przed wami postępowałem. Czy wam Słowo Boże głosiłem, dzieci wasze w katolickiej wierze pouczałem, czy chorych odwiedzałem i wam sposobność do przyjmowania sakramentów świętych użyczyłem. Wielka i ciężka była moja odpowiedzialność. Obym łaskawego znalazł Sędziego. Wy pielgrzymujecie jeszcze po tym ziemskim padole. Wasze obowiązki chrześcijańskie i przykazania Boże możecie zachować lub nie... O, słuchajcie na ostatnie upomnienia waszego księdza proboszcza, jakie z miłości i w trosce o wasze dusze nieśmiertelne jeszcze z grobu do was przemawia...”

Jego wielki pogrzeb był godnym uczczeniem jego osoby.